STAN WOJENNY, krótkie refleksje po wielu latach…., a może własny „certyfikat pamięci”. „Nie mam teraz czasu dla ciebie (…) Jeszcze poczekaj, dorośnij, opowiemy Ci o tych wypadkach…” „My żądamy tylko naszych praw (…) chodzi tylko o to, byśmy mogli spokojnie żyć"
ANDRZEJ DROGOŃ, lat 67, urodzony na Podkarpaciu, tyszanin od 5 roku życia, od czterech lat zamieszkuje w Kobiórze, emerytowany dr nauk prawnych, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, tam pracownik naukowy przez 42 lata, współorganizator i wykładowca Wyższej Szkoły Zarządzania i Nauk Społecznych w Tychach, aplikacja i i dyplom sędziowski w 1986 roku, członek Kolegium Regionalnej Izby Obrachunkowej, radny dwóch kadencji, wiceprzewodniczący Rady Miasta Tychy, dyrektor Oddziału IPN ( Instytut Pamięci Narodowej) w Katowicach w latach 2007-2014, następnie we Wrocławiu, dyrektor Muzeum Powstań Śląskich w latach 2021-2023, obecnie wykładowca WSB NLU w Nowym Sączu.
Nie mam teraz czasu dla ciebie
Nie widziała cię długo matka
Jeszcze trochę poczekaj, dorośnij
Opowiemy ci o tych wypadkach
O tych dniach pełnych nadziei
Pełnych rozmów i sporów gorących
O tych nocach kiepsko przespanych
Naszych sercach mocno bijących
O tych ludziach, którzy poczuli
Że są teraz właśnie u siebie
Solidarnie walczą o dzisiaj
I o jutro także dla ciebie
Więc się nie smuć i czekaj cierpliwie
Aż powrócisz w nasze objęcia
W naszym domu, który nie istniał
Bo w nim brak było prawdziwego szczęścia
Krzysztof Kasprzyk
Piosenka napisana w trakcie sierpniowych strajków w Stoczni w 1980 r. dla dwuletniej córeczki, stała się nie tylko swoistym hymnem Solidarności tamtego okresu, ale świetnie oddaje istotę i sens walki w okresie stanu wojennego – pytanie, czy tylko w tamtych okresach stanowiła znaczące przesłanie…. Chciałoby się przywołać pytanie innego poety i barda wolności:”(…) Co się stało z naszą klasą ...?”
13 grudnia 1981, wprowadzenie stanu wojennego przez komunistyczne środowiska w mundurach wojska polskiego, był dla mnie sporym zaskoczeniem. Nastąpiło to niemal bezpośrednio po zakończeniu strajków studenckich na Wydziale Prawa UŚ, których byłem współorganizatorem i przewodniczącym. Wtedy wierzyłem, myślę, że nie tylko ja, że zbliżające się Święta Bożego Narodzenia przyniosą wyciszenie napiętej sytuacji w kraju, będą początkiem stabilizacji i szansą na pokojowe porozumienie narodu z komunistyczną władzą. Jak się okazało, były to tylko młodzieńcze fantazje, w tamtym czasie towarzyszące wielu ludziom ogarniętym fenomenem Solidarności. To była, szczególnie na Uniwersytetach, wielka nadzieja na normalność i pokojowy, przebiegający etapami, upadek komunizmu, wprowadzonego na bolszewickich czołgach po 1944 roku.
Strajki studenckie jesienią 1981 roku, były wynikiem buntu na wszystkich uczelniach w kraju przeciwko temu, co działo się z łamaniem wcześniejszych porozumień dotyczących zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym, blokowaniem demokratycznych wyborów Rektora w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu. Apogeum stanowiły wydarzenia z pierwszych dni grudnia, kiedy doszło do konfliktu w zmilitaryzowanej Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa (WOSP) w Warszawie. Przeprowadzono tam pacyfikację studenckiego strajku. W stosunku do studentów, przyszłych oficerów Straży Pożarnej, specjalne jednostki ZOMO, po raz pierwszy użyły helikopterów, substancji obezwładniających oraz bezpośredniego przymusu fizycznego. Takie informacje do nas wtedy docierały. Jak się okazało po kilku tygodniach, była to manifestacja komunistycznej determinacji i swoista „próba generalna” przed wieloma pacyfikacjami strajkujących zakładów po wprowadzeniu stanu wojennego. Zakończenie strajków na uczelniach, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego, było wynikiem negocjacji i bezpośredniego zaangażowania Prymasa Kardynała Józefa Glempa, dążącego do uspokojenia nastrojów i niedopuszczenia do bezpośredniej konfrontacji, jak to było w WOSP. Apel prymasa doprowadził do formalnego zawieszenia strajków na uczelniach 11 grudnia.
W tym czasie miałem za sobą już pewne doświadczenia w działalności „niepokornej” wobec systemu komunistycznego. Byłem nie tylko przewodniczącym Komitetu Strajkowego, a wcześniej jednym z założycieli NZS (Niezależne Zrzeszenie Studentów, do samorzutnie powstałej grupy założycielskiej tej organizacji zostałem, jako jedyny, dokooptowany z woli zebranych na pierwszej, wydziałowej Trybunie studenckiej), dość aktywnie działałem w Duszpasterstwie Akademickim przy Kościele Marii Magdaleny w Tychach (opiekunem był wtedy ks. Gerard Syguda, dobry znajomy ks. prof. Józefa Tischnera).
Na uczelniach nie chodziło nam jedynie o aktywne wspieranie kwestii politycznych, niesionych wielkim Duchem Solidaryzmu, który głęboko tkwił w naszych sercach. W młodzieńczej wizji nie mieliśmy wątpliwości, że współtworzymy drogę do niepodległości, pełnej niezależności i suwerenności, wolności i sprawiedliwości społecznej. Na własnym, uczelnianym „podwórku” chodziło również o zmiany metodyczne i organizacyjne. Chodziło o zmiany programowe w nauczaniu, eliminację takich przedmiotów jak obligatoryjna na wszystkich uczelniach filozofia marksistowska czy ekonomia polityczna socjalizmu, prawa wyboru nauczania języków obcych (eliminacja obowiązku nauczania języka rosyjskiego) zmiany w sposobie kształcenia w ramach szkolenia wojskowego. Tego komuniści nauczali nie tylko na studiach politologicznych, ale również na medycynie, pedagogice, studiach artystycznych, politechnicznych – na każdej uczelni i na każdym kierunku. Na poszczególnych wydziałach wnoszono (NSZZ Solidarność i NZS) szereg postulatów dotyczących konkretnych zmian programowych przedmiotów podstawowych, merytorycznych, wyboru podręczników itp. Niezwykle ważnym było dążenie do udziału studentów w organach władzy wydziałów i uczelni. Budowa autentycznego samorządu studenckiego. W tym zakresie wywalczono wiele zmian. Studenci uczestniczyli w wyborze rektora, dziekanów, mieli reprezentacje w Senacie i Radach Wydziałów, merytorycznych komisjach.
W Uniwersytecie Śląskim symbolicznym aktem przełamywania monopolu organizacji studenckich, współdziałających z totalitarnymi władzami było przekazanie NZS-owi, przez nowo powołanego Rektora prof. Augusta Chełkowskiego (miałem wielki honor i zaszczyt uczestniczyć z ramienia studentów w kolegium elektorskim, wybierającym tego Rektora, po raz pierwszy wybranego z woli społeczności akademickiej) Klubu Studenckiego AKANT. Miałem tam pełnić funkcję szefa sekcji programowej. Stosowne podmioty „dawnego porządku” (uczelniane struktury PZPR oraz opiekuńcze SB) dążyły do zablokowania tej sytuacji. KZMP ( nowo powstały Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej) doprowadził w listopadzie 1981 r. do „samo uwięzienia grupy studentów” blokując, do czasu wprowadzenia stanu wojennego, możliwość faktycznego przejęcia klubu - zgodnie z decyzją JM Rektora - przez NZS. Po wprowadzeniu stanu wojennego został przywrócony, tak jak w wielu innych sytuacjach, „jedynie słuszny, dawny porządek”. To działo się jesienią 1981 roku.
Wcześniej jednak, wiosną, po raz pierwszy w krótkiej historii tego uniwersytetu, zorganizowano Juwenalia, całkowicie zaprogramowane przez studentów, głównie NZS i samorząd uczelniany, przy dużym wsparciu Solidarności. Poza atrakcjami rozrywkowymi udało nam się stworzyć blok edukacyjny, poświęcony m..in. Konstytucji 3 maja, z udziałem najwybitniejszych w skali kraju, historyków zajmujących się ta tematyką. Dzisiaj wydaje się to wręcz dziwne, ale musimy pamiętać, że w systemie komunistycznym była to jedna z znaczących białych plam w edukacji historycznej. Jednak najbardziej znamiennym było zorganizowanie spotkania z ojcem duchowym Solidarności, twórcą „Etyki Solidarności”, Ks. prof. Józefem Tischnerem. Kontakt w dużym stopniu możliwym był dzięki wspomnianemu wyżej ks. G. Sygudzie. To historyczny moment, bo na „czerwonym Uniwersytecie” wykład miał ks. prof. Józef Tischner wygłosić na nowo powołanym (w 1978 roku) Wydziale Nauk Społecznych, pomyślanym jako swoista „kuźnia kadr” ideologicznych funkcjonującego systemu komunistycznego. Udało nam się przywieźć Profesora z Krakowa „załatwionym” samochodem pod aulę, mieszczącą się w nowo wybudowanym budynku, na drzwiach wejściowych którego wisiała kartka z informacją „Budynek zamknięty z powodu malowania” (dla znających historię rewolucji francuskiej końca wieku XVIII skojarzeń nie trzeba szczególnie tłumaczyć). Wykład księdza profesora przeniesiono do nieco mniejszej auli, w której poza zajęciami mieścił się Dyskusyjny Klub Filmowy u „Kopernika”.
Maj tego roku wieńczyło niezwykłe wydarzenie, w którym dane mi było uczestniczyć – wybór Rektora i Prorektorów Uniwersytetu przez Kolegium Elektorów, do którego reprezentantów wybierały wszystkie grupy wspólnoty akademickiej. Miałem zaszczyt być wybranym jako jeden z kilkunastu reprezentantów społeczności studenckiej w UŚ. NZS miał swoich kandydatów w osobach wybranych: Rektora prof. Augusta Chełkowskiego i Prorektor Panią prof. Irenę Bajerową. Poczytywaliśmy sobie dużą satysfakcję z przyczynienie się do tego wyboru. W podobny sposób społeczność akademicka wybierała dziekanów na poszczególnych wydziałach.
Potem była sesja i gorące lato z wieloma aktami zaangażowania w szereg wydarzeń dziejących się w różnych zakładach pracy i na ulicach wielu polskich miast. Wraz z początkiem roku akademickiego nowa fala zdarzeń. Początek kryzysu, wywołanego wieloma aktami łamania przez stronę rządową porozumień zawartych w Łodzi ze społecznością akademicką jeszcze początkiem roku (lutowe porozumienia łódzkie). Efektem był ogólnopolski strajk studentów, o którym była mowa wyżej, na UŚ zapoczątkowany 19 listopada. Bardzo szybko strajk został rozciągnięty na wszystkie uczelnie śląskie. Trwał on faktycznie do wprowadzenia stanu wojennego. Poza grupą studentów, która pozostała zabezpieczając stan gotowości do podjęcia akcji strajkowej na WNS, 11 grudnia po zawieszeniu strajku, w większości wróciliśmy do domów. „Nieformalnie” duża grupa organizatorów spotkała się jeszcze w akademikach na Ligocie – do domu dotarłem późnym popołudniem 12 grudnia. Byliśmy bezwzględnie przekonani o dużym sukcesie i osiągnięciu celów strajku.
Poranek 13 grudnia stanowił szok. Obudziłem się i jak zwykle w niedzielę szykowałem do kościoła św. Marii Magdaleny w Tychach. O stanie wojennym dowiedziałem się z telewizora, gdzie na okrągło przemawiał generał Wojciech Jaruzelski. Trudno było weryfikować informacje, dokonać oceny zdarzeń. Zostały odcięte możliwości komunikacji. Do Kościoła można było dojść bez kłopotu, nie było jeszcze czuć tej atmosfery strachu. Nie wszędzie od razu pojawiły się wojskowe patrole i koksowniki. Po mszy udałem się do kolegi, który mieszkał w pobliżu kościoła i miał telefon (co wcale nie było zjawiskiem powszechnym!). Jakiś znajomy zadzwonił do niego z Ostrawy pytając z niepokojem, co się w Polsce dzieje, ale łączność została przerwana. Zapanowała znamienna cisza w słuchawce. Dla mnie to był faktyczny początek stanu świadomości, że zaczyna się dziać coś bardzo niepokojącego. Nie wyobrażałem sobie jednak, że jest to początek narodowej tragedii.
W poniedziałek pojechałem na uczelnię do Katowic. Trudno było się przemieszczać autobusem, w wielu miejscach, na głównych drogach już zdążono wprowadzić stałe kontrole między miastami, natomiast w pociągach był ogromny tłok. Tutaj trudniej było wprowadzić stałe kontrole przepustek. Próbowaliśmy z kolegami szukać relacji, były informacje o internowaniu pracowników i studentów, o wprowadzaniu wojska i czołgów do dużych zakładów pracy, podejmowaniu pierwszych pacyfikacji, blokowaniu dostępu do strajkujących w hutach, kopalniach i innych zakładach pracy. Zajęcia na uniwersytecie nie odbywały się, zostały zawieszone, do budynków można było wejść tylko na podstawie specjalnej przepustki. Pierwotnie naturalnym miejscem spotkań była krypta w Katedrze Chrystusa Króla. Kościołów jeszcze nie pozamykano. Nie można było jednak nadużywać powagi tego miejsca. Ustaliliśmy, że 16 grudnia spotkamy się w jednym z mieszkań w pobliżu Katedry, gdzie miało przybyć kilku działaczy NZS-u. Wraz z jednym z kolegów wsiedliśmy około południa w Tychach do pociągu z Bielska- Białej. Pociąg, ku zdziwieniu wielu podróżnych, nie zatrzymał się na stacji Katowice -Brynów. Było bardzo zimno, trudno było coś dostrzec przez zaparowane szyby wagonów, pociąg szybko przemknął wzdłuż peronu. Na dworcu w Katowicach nikt nic nie wiedział. Dopiero na drugi dzień dotarły do nas informacje o tym, co stało się na kopalni „Wujek” (zabici, ciężko ranni, aresztowani, czołgi, helikoptery, użycie ostrej amunicji). To był prawdziwy szok, z czasem dopełniany wiadomościami z huty Baildon, gdzie do strajkujących dołączyli studenci z WNS, których noc grudniowa zastała na uniwersytecie. Dochodziły informacje o pacyfikacji Huty Katowice, początku strajków pod ziemią w kopalniach Piast i Ziemowit. Te informacje często pochodziły od członków rodzin, sąsiadów osób strajkujących, tych, którzy po pacyfikacji nie byli aresztowani czy internowani – były więc informacjami prawdziwymi. Tworzono spisy osób poddawanych represjom, miejsc, gdzie byli osadzani. Informacje były zbierane, starano się je weryfikować, a następnie spisywać na małych karteluszkach, które wielokrotnie przepisywaliśmy, przekazywaliśmy osobom zaufanym oraz pozostającym w rodzących się strukturach powstającej konspiracyjnej Solidarności, tworzonej przez wcześniej przygotowany „drugi garnitur”. Część tych informacji była wykorzystywana szerzej. Udało się tuż przed wprowadzeniem rygorów wojennych w pełnym zakresie, zabezpieczyć powielacz, który w okresie strajku udostępniła studentom Wydziału Prawa bytomska Solidarność (MKZ). Został on potajemnie wyniesiony z budynku przy ul. Bankowej 8, przy bardzo dużym ryzyku przewieziony do Bytomia 13 grudnia, gdzie kilku studentów współredagowało, wraz z członkami konspiracyjnej Solidarności ulotki. Te ”bibuły”były później szeroko kolportowane nie tylko w zakładach pracy, ale często na ulicach, budynkach, w tramwajach. To były pierwsze dni. Organizowaliśmy pomoc dla rodzin internowanych, byłem z mamą jednego z przywódców NZS na widzeniu w „Internacie” w Zabrzu Zaborzu jako „jego kuzyn”. Było ciężko, ale ludzie w większej części społeczności byli dobrzy dla siebie. Jabłko czy puszka ze śledziami, przekazana dla kogoś za kratkami to było wtedy dużo. W miarę kolejnych zatrzymać i internowań, nasza działalność konspiracyjna trochę osłabła. Samoistnie tworzył się jednak „drugi szereg”, skutecznie porządkując działalność i z czasem tworząc zaczyn bardziej rozbudowanych struktur, utrzymujących kontakty z strukturami konspiracyjnej Solidarności, powstającej w wielu miejscach w kraju.
W pierwszych dniach wojny jeszcze nie było, w wymiarze powszechnym, przepustek na poruszanie się pomiędzy miastami i w godzinie policyjnej. Można było ryzykować wyjazdami do Katowic, licząc na „zagubienie się” w zatłoczonym pociągu. Kilka razy docierałem na Bankową, próbując uzyskać więcej informacji o sytuacji na uczelni i o losie kolegów. Po kilku dniach takich wypraw, na mostku na ulicy Bankowej zaczepił mnie jeden z kolegów, ostrzegając, abym nie szedł dalej, bo w okolicach Rektoratu bezpieka poluje na członków NZS. Do tej pory, od 13 grudnia, internowano niemal całą czołówkę władz struktur uczelnianych.
Nie wróciłem do domu. Kilka nocy spędziłem w domach kolegów, którzy byli mniej zaangażowani w działalność związku. To był bardzo trudny czas. Nie chciałem narażać kolegów ani ich rodzin obciążać ewentualnym ryzykiem represji za udzielanie pomocy. Ponadto, jedzenie było przecież na kartki i trudno było z nich przeżyć, włączając jeszcze jedną, obcą osobę. Bałem się też „zakablowania” przez różnych „życzliwych”. Otrzymałem informacje, że mój dom rodzinny został przeszukany, pozostawiono wezwanie do bezpieki, która została przeprowadzona z budynku na Powstańców do „pentagonu” na Lompy w Katowicach. Już wcześniej, jeszcze w 1980 roku miałem „nieprzyjemność” poznać dawną ubecką siedzibę przy ulicy Powstańców.
Jak po wielu latach ujawniono dokumenty w archiwach IPN, dowiedziałem się, że została zorganizowana prowokacja z udziałem jednego z bliskich mi kolegów (tajnego współpracownika bezpieki – o pseudonimie TW Ania), doszło do drobnej „rozróby” z konsekwencjami. Zagrożono mi, że zostanę wyrzucony z uczelni i spotkają mnie poważniejsze represje prawne. Próbowano nakłonić mnie do podjęcia „współpracy”. Ta gra nie wypaliła, do końca studiów pozostało niewiele, istniały różne obawy, ale okazało się, że kategoryczna odmowa nie doprowadziła do realizacji celów bezpieki. Widocznie ktoś czuwał nad moją osobą gdzieś tam wyżej…. Okazało się ponadto, że miałem założoną „teczkę” od 1978 roku, gdy wykazałem większą aktywność w Duszpasterstwie Akademickim przy kościele Marii Magdaleny w Tychach.
Tymczasem na bieżąco docierały do mnie informacje od rodziny, wiedziałem, że „domowa inwigilacja” z czasem osłabła. Doszło do złagodzenia rygorów w okresie Świąt Bożego Narodzenia, które spędziłem z rodziną. Pamiętam „Pasterkę” w Kościele Marii Magdaleny – potężny ścisk, pełna powaga i skupienie, ktoś z tłumu głośno krzyknął, aby pomodlić się za strajkujących pod ziemia górników. Po mszy św. wszyscy rozeszli się w spokoju do domów. Ale już wtedy widoczne były na murach budynków symbole oporu, antykomunistyczne napisy i symbole podejmowanej walki z reżymem. Postanowiłem pozostać w domu i czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Ponownie nawiązałem kontakt z kilkoma kolegami – dobrą okazją były imprezy sylwestrowe. Udało się nawet zorganizować w Katowicach spotkanie z udziałem znaczniejszej liczby bardziej aktywnych wcześniej działaczy NZS-u. Na czas Nowego Roku pozwolono na naruszenie rygorów wojny – można było się przemieszczać i organizować w mieszkaniach prywatne imprezy noworoczne. Ponowne wezwania na Lompy powodowały ciągły stan zagrożenia, który mógł się odbić również na innych osobach. Można było spodziewać się różnych działań operacyjnych, dekonspiracji innych osób, z którymi się spotykałem. Poza tym wywoływały negatywne stany psychiczne, ciągłe obawy, niepewność. Spodziewaliśmy się odwieszenia zajęć na uniwersytecie, co zresztą niebawem nastąpiło, tuż przed kolejną sesją zimową. Byłem przed obroną pracy magisterskiej. W połowie stycznia postanowiłem zgłosić się na wezwanie, byłem przygotowany na zatrzymanie. Trochę mnie przeczołgano, nie było jednak żadnego punktu zaczepienia (poza tym że wcześniej się nie stawiałem na wezwania), który pozwalały by zarzucić jakiekolwiek naruszenie istniejącego „porządku prawnego”. Jako młody prawnik próbowałem różnymi sposobami ten argument podejmować. Po raz kolejny miałem trochę szczęścia, skończyło się na zapewnieniu, że będę stosował się do „przestrzegania obowiązującego porządku prawnego”, co dla prawnika było oczywiste. Wynikało z obowiązującej Konstytucji, chociaż w praktyce równie jasnym było, że chodziło ówcześnie o przestrzeganie prawa, tak jak oni, czerwony reżym, je rozumieli, sprowadzając to do rygorów stanu wojennego, narzuconych w sposób sprzeczny nawet z komunistyczną konstytucją z 1952 r. Coś w rodzaju „socjalistycznej demokracji wojennej (walczącej)” (takie nazwanie nasunęło mi się w tej chwili, jest oczywistym zbieżność z dzisiejszym rozumieniem roli prawa w społeczeństwie i istotą praworządności przez obecnie rządzących post komunistów).
Ograniczyłem kontakty, które mogłyby narażać zaangażowanych w konspiracyjną działalność kolegów. Działania w takiej formule wydawało się mało skuteczne, coraz bardziej widać było słabość studenckiego zaangażowania w zestawieniu z rolą dużych środowisk robotniczych. Myślałem o tym, aby rzucić studia i znaleźć jakąś pracę w większym zakładzie z dobrymi tradycjami solidarnościowymi. Na szczęście spotkałem któregoś dnia na ulicy Bankowej dziekana WPiA, prof. Antoniego Agopszowicza, który zaprosił mnie do swojego gabinetu. Wypytywał o moją sytuację i najbliższe plany. To był wielki Autorytet. Po latach, już po Jego śmierci dowiedzieliśmy się, że jako jeden z Kolumbów rocznik 20, był porucznikiem (pseudonim „Tosiek”) z batalionu „Zośka”, ranny podczas zdobywania budynku Pasty w Powstaniu Warszawskim. Wcześniej miałem honor współpracować w ramach Rady Wydziału z Dziekanem jako przewodniczący samorządu studenckiego na Wydziale, uczestniczyłem w wyborze Dziekana. W okresie strajku otaczał studentów zdecydowaną postawą osoby instytucjonalnie bardzo surowej, faktycznie jednak niezwykle opiekuńczej i życzliwej. Kiedy podczas rozmowy powiedziałem o planach porzucenia studiów – wręcz zrugał mnie, stanowczo zachęcił do szybkiego zrobienia dyplomu i tuż po obronie pierwszego dyplomu magisterskiego, od 1 kwietnia zatrudnił jako asystenta stażystę. Zrobiono to w taki sposób, że w papierach bezpieki miałem jeszcze po kolejnym wezwaniu, wpisany status studenta. Jak widać, czujność „opiekunów SB” nie była wszechogarniająca, skoro tego faktu nie odnotowano.
Zbliżało się półrocze stanu wojennego. Wyraźnie uaktywniła się działalność konspiracyjna, często koordynowana przez Solidarność wespół z NZS-em. Na jednym z tajnych spotkań w domu kolegi tej nowej grupy konspiracyjnej zapadła decyzja, aby 13 maja zorganizować przed rektoratem dużą manifestację razem z „Solidarnością”. Robiliśmy wszystko, podjęto dużą akcję informacyjną nie tylko w środowisku akademickim, aby przyszło jak najwięcej osób. Została podjęta decyzja, że osoby łatwo rozpoznawalne, zaangażowane w konspiracyjną działalność, oficjalnie się nie pojawiają. Jasnym było, że będą najbardziej narażeni na represje. Miałem nie brać udziału i zostać w domu, ale akurat tego dnia miałem seminarium na drugim kierunku studiów w budynku przy ul. Bankowej, więc pomyślałem, że przynajmniej się przejdę i zobaczę efekt przygotowywanej akcji. Manifestacja była największym sukcesem konspiracyjnej działalności w Uniwersytecie w całym okresie szeroko rozumianego stanu wojennego, który faktycznie trwał przez kilka lat. Pociągnęła też za sobą największą falę represji w skali nieporównywalnej do jakiejkolwiek innej w środowisku akademickim w skali całego kraju.
Ja zostałem wezwany dwa dni później na przesłuchanie na ul. Lompy. Było jasnym, że na tym się nie skończy. Po kilku godzinach, przy zmieniających się w trakcie przesłuchania esbekach, wprowadzono mnie do zatłoczonej celi – trzy betonowe prycze i kilkanaście osób, spośród których zamkniętych z podejrzeniem popełnienia przestępstw karnych było trzech, pozostali zamknięci za udział w protestach, które miały miejsce w różnych zakładach w ostatnich dniach. Szybko okazało się, że byłem jedynym prawnikiem w celi. To trochę pomogło w „zagospodarowaniu czasu”. Kilku osadzonych zwracało się z różnymi pytaniami. Trudno mówić o poważnych poradach prawnych, ale nawet drobne wyjaśnienia pozwalały na dawanie iskierki nadziei, co nie było bez znaczenia.
Traumatycznym doświadczeniem było doświadczenie dnia kolejnego. Drzwi zostały gwałtownie otwarte, a solidnej postury „klawisz” krzyknął: „łaźnia”. Trzeba było rozebrać się do naga. Wyprowadzono nas na boso na długi korytarz i szliśmy do łaźni pilnowani przez wypasionych strażników z pałkami, którymi z lekka uderzali w swoje nogi. Scena wręcz przeniesiona z filmu, w którym do „łaźni” w Auschwitz pędzono duże grupy ludzi. Potem cieknąca z podwieszonych pod sufitem rur woda i podawane z rąk do rak małe kosteczki mydła. Na koniec krótkiej „przyjemności” jakiś „kapo” rzucił nam 3 małe ścierki do wytarcia się kilkunastu osób. Ociekający wodą zostaliśmy tą samą „ścieżką” wprowadzeni do celi, gdzie można było się powycierać pozostawionymi tam ubraniami, które następnie trzeba było na siebie odziać. To był maj, ale noce w betonowej celi były chłodne…
Kolejnego dnia wyprowadzono na zanany już korytarz „niekryminalnych” z wszystkich cel, ustawiono pod ścianą, a następnie pakowano do więźniarek tzw. „margaryn”. Nie wiedzieliśmy dokąd jedziemy. Wtedy wywożono do różnych miejsc, poczynając od Bieszczad po rejony północne. Nasza podróż była krótsza. „Wylądowałem” w Zabrzu- Zaborzu. gdzie w części więziennych baraków zorganizowano Ośrodek Internowania dla niepokornych względem komunistycznej władzy. Trafiłem na „dobry czas”. W tym okresie osadzono tam wielu kolegów z NZS. W kilkunastoosobowej celi, na piętrowych pryczach ponownie spotkało się kilu starych znajomych z uczelnianych korytarzy. Po interwencjach międzynarodowych organizacji (Czerwony Krzyż), Komitetu Biskupiego i wielu innych podmiotów, złagodzono więzienne rygory, cele były otwarte, komunikacja wewnątrz baraku nieograniczona, dwie godziny codziennego „spaceru” na przylegającym do baraku placu, gdzie spotykała się cała czołówka Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”: Leszek Waliszewski, członkowie Zarządu Regionu, Andrzej Rozpłochowski .... Międzynarodowy Czerwony Krzyż i inne organizacje charytatywne nam pomagały, dostarczając epizodycznie paczki z żywnością, papierosy, środki higieny.... Zezwalano na wizytę u więziennego lekarza. Mimo młodego wieku i jak mi się zdawało, dobrej kondycji fizycznej – rozpoczęły się problemy (dotyczyło to nie tylko mojej osoby) z kręgosłupem. Spędziłem kilka dni w izbie medycznej. Nawet przewożono mnie na konsultacje do Szpitala Wojskowego (MSW) w Katowicach. Próbowałem dotrzeć po latach do swojej dokumentacji medycznej tamtego okresu - w oficjalnych dokumentach bezpieki i w więziennej kartotece zdrowia nie ma śladu informacji o tych zdarzeniach, a przedstawiane wyniki wskazują na stan zdrowia jako bardzo dobry – swoistą granicą prymitywnej śmieszności w tej materii, było pominięcie nawet takiej informacji, że usunięto mi, w wyniku skarg na ciągły ból, jednego z trzonowych zębów. Mimo wszystko, szczególnie w odczuciu osób, które tam zostały osadzone w pierwszym, zimowym okresie wojny, sytuacja była zdecydowanie lepsza, aniżeli w okresie przed majem.
Już końcem czerwca czuć było, że coś się będzie działo. Część osadzonych rozlokowywano do innych „internatów”, stosunek „klawiszy” do Internowanych też był jakby przychylniejszy, łatwiej było podczas widzeń z osobami odwiedzającymi coś przekazać (grypsy, listy), w podawanych posiłkach pływało mniej „niespodzianek”, do których zresztą z czasem też można było się przyzwyczaić! Przed 22 lipca zaczęto zwalniać osadzonych po interwencji biskupów polskich, organizacji międzynarodowych, ale i chcąc wykazać „krok w kierunku pojednania” przed zbliżającym się komunistycznym świętem, upamiętniającym Manifest PKWN.
Po dwóch miesiącach, tuż przed 22 lipca, wypuszczono mnie wraz ze sporą grupą osadzonych. Wróciłem na Uniwersytet, ale nie mogłem spotykać się ze studentami. Po półrocznym zawieszeniu przez władze uczelni w momencie internowania, wróciłem w październiku do pracy. Mimo licznych represji na innych Wydziałach, pozbawiania pracy wielu osób – na WPiA nie zwolniono nikogo, chociaż wiele osób miało sporo problemów związanych z wykonywaniem pracy, układem zajęć, przydziałem wykładów, awansami itp. W kraju zbliżał się czas formalnego zniesienia stanu wojennego. Postawiono mnie przed jakąś komisja uczelnianą, na czele której stał członek egzekutywy PZPR. Musiały „docierać” sygnały o braku pokory i niepewności służalczej postawy. Nie było jednak zarzutów dotyczących naruszania obowiązków wynikających z realizacji zadań pracownika naukowo – dydaktycznego. Bardzo jednoznaczne było w tym zakresie stanowisko władz Wydziału. Ówczesna Pani Dziekan, prof. Oktawia Górniok, kategorycznie nakazała mi podjęcie obowiązków dydaktycznych wraz z upływem okresu zawieszenia w prawach pracowniczych.
Innym przykładem zakulisowych prób pozbycia się mojej osoby z uczelni był wniosek ówczesnego rektora, M. Klimaszewskiego do Wojskowej Komisji Uzupełnień o skierowanie mnie do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Był to czas, kiedy mając maleńką córkę i żonę byłem – jak to określano – „jedynym żywicielem rodziny”. To było moją linią obrony, i jak do niedawna sądziłem miało zadecydować, że po wezwaniu do WKU w Tychach, ówczesny komendant tej instytucji, na moich oczach potargał pismo rektora i wrzucił je do kosza. Do mojej książeczki wojskowej wprowadzono wpis:”przeznaczony do rezerwy bez odbycia zasadniczej służby wojskowej”, pomimo tego, że odbyłem stosowne przeszkolenie w uczelnianym studium wojskowym, po ukończeniu którego wpisano przydział do odbycia służby w konkretnej „podchorążówce”. Przez całe lata byłem przekonany, że to dzięki wielkoduszności tego komendanta nie trafiłem w „kamasze”. Przed kilkoma laty dotarłem jednak do dokumentu, z które wynikało, że zgody na odbycie służby zasadniczej w jednostce wojskowej, nie wyrażała Wojskowa Służba Wewnętrzna. Pod tą adnotacją na stosownym dokumencie nie ma uzasadnienia, ale niezależnie od powodów, jestem po dzień dzisiejszy wdzięczny wojskowej bezpiece za taką decyzję – służba w formacjach wojskowych w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych w PRL nie była, mówiąc bardzo oględnie – postrzegana jako „zaszczytny obowiązek”, ale uznawana była jako udział w systemie terroru. Oczywistą rzeczą jest, że nie dotyczyło to wszystkich noszących wojskowe mundury.
Faktycznie w tamtym okresie robiłem wiele rzeczy, które miały wymiar niepokorny, ale nie manifestacyjny. Spotykaliśmy się w naszym mieszkaniu i czytaliśmy książki, których nie można było oficjalnie wydać, ktoś przynosił odtwarzacz wideo, organizowaliśmy zamknięte pokazy filmów przemycanych do kraju. Pamiętam doskonale, jakie wrażenie pozostało po pokazie „Przesłuchania” R. Bugajskiego. W maju 1984 roku zorganizowano w Kościele Świętego Krzyża w Bytomiu (tym samym, w którym kilka miesięcy po tym, swoją ostatnią Mszę Świętą za Ojczyznę odprawiał ksiądz Jerzy Popiełuszko), po której, w dolnej Kaplicy miałem wielki zaszczyt wygłosić wykład, poświęcony Konstytucji 3-go Maja. Byłem anonsowany jako „młody pracownik naukowy uniwersytetu”. Kaplica była wypełniona po brzegi, a pełen powagi nastrój tam panujący dawał poczucie nadziei i wiarę, że znowu jest nas wielu… Ważnym, jak się zdaje, zupełnie zapomnianym dziełem tamtego okresu, była ciekawa inicjatywa, która zrodziła się przy budowanym kościele Św. Krzysztofa w Tychach. Wokół księdza Wojciecha Wyciślika zgromadziła się nieformalna grupa, w której prym wiódł Mirek Kańtor. Przyjęła ona nazwę „Szkoła Stefana Wyszyńskiego”. Zdarzało się, że na te nieformalne spotkania w ówczesnej Kaplicy, mieszczącej się w tymczasowym baraku, przyjeżdżali, aby zgłębiać myśl Prymasa Tysiąclecia, koledzy nawet z odległego Bytomia. Niestety nie zachowały się żadne formalne dokumenty z tych spotkań, a pamięć bywa ulotna.
Takich zdarzeń było znacznie więcej, nie wszystkie mogą być przywołane z różnych względów, wiele uległo zamazaniu w pamięci. Trudne czasy uczą solidaryzmu i człowieczeństwa. Dobro zawsze wraca, ale często takim czasom towarzyszy zło, które może przybierać wręcz niewyobrażalne wymiary. Na wojnach i w trudnych czasach są tacy, którzy robią interesy, wykorzystują trudne położenie innych dla osiągania niegodnych korzyści. Szerzy się dezinformacja, środowiska ludzi aktywnych przenikane są agenturą systemów niosących w życie społeczne zło i pogardę dla drugiego człowieka.
W drugiej połowie XX wieku takich zdarzeniem było wiele, skali zła nie da się jednak porównywać z tym, co było i jest po dzień dzisiejszy skutkiem stanu wojennego, wprowadzonego przez polskich komunistów w grudniu 1981r. w PRL. Było to jedno z najtragiczniejszych i najbardziej brzemiennych w negatywne skutki wydarzeń. Nie chodzi li tylko o tragiczny bilans ofiar istnień ludzkich – był on znacznie mniejszy od zamordowanych przez komunistów polskich patriotów w okresie likwidacji Drugiej Konspiracji Zbrojnej (Wyklętych Żołnierzy Niezłomnych), porównywalny do ofiar Poznańskiego Czerwca 1956 r. czy też zamordowanych robotników na Wybrzeżu w 1970 r. Tragedii stanu wojennego w wymiarze społecznym i narodowym nie można mierzyć tylko tą najboleśniejszą ofiarą. Skutki tych wydarzeń należy oceniać z różnego punktu widzenia. Stan wojenny w sposób wyraźnie negatywny wpłynął na kształtowanie postaw młodego pokolenia, doprowadził do likwidacji świadomościowej eksplozji, która – szczególnie w środowiskach studenckich i uczniowskich – stanowiła początek nowego procesu przebudowy społeczeństwa. Ten aspekt należy mocno podkreślić, gdyż na ogół w ocenach stanu wojennego jest on pomijany bądź traktowany marginalnie, a jest przecież podstawowym czynnikiem kształtującym postawy społeczne przyszłych elit. Przyhamowanie przez represje wojenne naturalnego procesu rodzenia się nowych elit, nieposiadających komunistycznego rodowodu, powstrzymało na pewien czas ewolucję systemu zmierzającego do likwidacji totalitaryzmu na ziemiach polskich. Często przywołuje się szereg skutków negatywnych, obejmujących zarówno społeczne, jak i indywidualne, a nawet osobiste konsekwencje.
Stan wojenny pogłębił kryzys gospodarczy. Poziom życia społeczeństwa był w tym czasie zdecydowanie niższy niż w poprzednich dekadach powojennych. Zlikwidowano rodzący się z dużą mocą pluralizm, który pozwalał na przełamanie monopolistycznych rządów komunistów. Polska Rzeczpospolita Ludowa (PRL) utraciła budowaną z tak dużą determinacją od początku lat siedemdziesiątych pozycję partnera na arenie międzynarodowej. Zapoczątkowana przez normalizację stosunków polsko-niemieckich w 1970 r. polityka otwarcia na Zachód poprzez powszechny bojkot i sankcje stosowane po grudniu 1981 r. została w praktyce załamana. W sposób jednoznaczny wykazano, jak daleki od istoty suwerennego państwa była PRL, jednocześnie jak dalece zależni od polityki sowieckiej byli przywódcy komunistycznych władz. Mówienie o ich agenturalnej roli w stosunku do moskiewskich mocodawców jest w pełni zasadne.
Tragiczne, a jednocześnie nie zawsze łatwo postrzegane były skutki odnoszące się do losów tysięcy Polaków bezpośrednio dotkniętych represjami stanu wojennego. Miały one charakter tak wielokierunkowy, że trudno pokusić się o próby pełnej egzemplifikacji. Dodatkową trudnością jest niemożność jednoznacznego wskazania – w bardzo wielu wypadkach – w jakim stopniu stan wojenny oddziaływał na końcowy skutek niejednej osobistej tragedii. Już wskazanie liczb ofiar śmiertelnych może stanowić problem. Liczbę zabitych ocenia się na ponad sto osób. Łatwiej jest wskazać osoby zamordowane w czasie pacyfikacji strajkujących w zakładach pracy czy też w trakcie demonstracji okresu stanu wojennego, wymierzonych przeciwko komunistycznej władzy. Ale czy nie są takimi samymi ofiarami osoby zabite podczas demonstracji lub innych zdarzeń wynikających z działań represyjnych, już po formalnym zakończeniu stanu wojennego? Sprawy Grzegorza Przemyka czy księdza Jerzego Popiełuszki są tylko symbolem tej sytuacji. Nie można wykluczyć innych, skrytobójczych mordów, którym komuniści nadawali pozory zdarzeń losowych lub tuszowali rzeczywiste powody śmierci. A co z osobami, których stan zdrowia znacznie się pogorszył w okresie późniejszym w wyniku zastosowanych środków represyjnych? Nigdy nie uda się jednoznacznie stwierdzić, u ilu zatrzymanych, aresztowanych, więzionych, internowanych, pobitych w trakcie demonstracji, stan zdrowia pogorszył się na tyle, że mogło mieć to wpływ na wcześniejszą śmierć tych osób, trwałe kalectwo lub pogorszenie się kondycji fizycznej. Zupełnie inną kwestią jest wpływ bezpośrednich represji bądź zagrożenie ich zaistnienia na stan psychiki represjonowanych. Szkód zaistniałych na tym polu nie da się w ogóle ocenić. Jeżeli dodamy do tego problem utraty pracy czy pogorszenie warunków pracy i płacy – rodzi się kolejna kategoria osób, na których życie stan wojenny wywarł swój jednoznacznie negatywny wpływ. Pozostaje odrębna kategoria problemów, jaką były skutki przymusowej lub wymuszonej emigracji. Pierwszy przypadek dotyczy osób, które uzyskiwały od władz komunistycznych „bilet w jedną stronę”, bez prawa powrotu do ojczyzny; drugi dotyczy członków ich rodzin, zwłaszcza dzieci. Musimy mieć na uwadze fakt, że parasol ochronny dla wielu represjonowanych Polaków w krajach, do których emigrowali, miał wymiar czasowy. Trudno sobie wyobrazić, aby w sposób trwały chronił wszystkich imigrantów politycznych. Wielokrotnie byli to ludzie o wykształceniu zawodowym, bez znajomości nie tylko nowego otoczenia, innych uwarunkowań kulturowych, ale i możliwości porozumiewania się innym językiem aniżeli rodzimy język polski. Nie w każdym przypadku proces aklimatyzacji i asymilacji był możliwy. Efektem był szereg konfliktów, rozpad rodzin, popadanie w nałogi, a nawet próby samobójcze. Represyjny charakter działań, formy represji stanu wojennego mają również swój specyficzny wymiar. Skala represji bezpośrednich, metody i formy działania aparatu bezprawia komunistycznego wykazywały nie tylko perfidie i wielość stosowanych metod, ale i bezwzględność, niejednokrotnie okrucieństwo.
Podstawą systemu represji komunistycznych, nie tylko w okresie stanu wojennego, było dążenie do wypracowania mechanizmów opierających się na „legalizmie norm” zawartych w aktach prawnych, ogłaszanych przez podmioty, które uzurpowały sobie lub którym nadawano, bez jakiejkolwiek legitymacji prawnej, prawodawcze kompetencje. Wprost wynikało to z przyjęcia formuły stosowania prawa „tak jak my (cyniczni komuniści, kształtowani przez bolszewickie środowiska) je rozumiemy”. W okresie „montowania” na ziemiach polskich systemu komunistycznego (1943–1952) rolę taką odegrały Krajowa Rada Narodowa, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego czy też Sejm Ustawodawczy. W okresie stanu wojennego sytuacja byłabardziej złożona. Wykorzystywano umocowane konstytucją, funkcjonującą dzięki aprobacie Józefa Stalina od 1952 r., podmioty prawotwórcze (Radę Państwa, Sejm), naruszając jednak przypisane im mechanizmy stanowienia prawa, co jest jednoznaczne z bezprawną formą działania. W taki sposób powstały dekrety o stanie wojennym, których faktycznym „duchem praw” była niemająca jakiegokolwiek prawnego umocowania Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON). Do dekretów tych „dopasowywano” wcześniej funkcjonujący system prawa karnego Polski Ludowej Jednocześnie praktyka postępowania totalitarnych służb przymusu – głównie Służby Bezpieczeństwa(SB), Milicji Obywatelskiej (MO), Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej (ZOMO), Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej(ORMO), wyodrębnionych formacji różnych jednostek wojskowych– pozostawiała dużą swobodę podejmowania działań, opartych na brutalności i bezwzględności, co powodowało, że skala i skutki zaistniałych zdarzeń niejednokrotnie dalece odbiegały od tych, które czyniły dopuszczalne, narzucane przez władze komunistyczne, normy prawne. Do szerokiej gamy stosowanych metod można włączyć różnorakie formy inwigilacji, środki przymusu bezpośredniego, pobicia, „ścieżki zdrowia”, wykorzystywanie agentury w środowiskach opozycji, zwolnienia z pracy, przenoszenie na gorsze stanowiska, relegacje studentów z uczelni, zaostrzone rygory wykonywania powszechnego obowiązku służby wojskowej. Głównymi ośrodkami represyjnego działania, dopełniającymi wyżej wskazane służby przymusu, były: sądy wojskowe, sądy powszechne, organy administracji stosujące decyzje o internowaniu, więzienia, areszty tymczasowe, ośrodki internowania.
Mówiąc o skali represji, zdecydowanie łatwiej jest wskazać niektóre dane, dotyczące represji stosowanych „w majestacie prawa”, szczególnie tej jego części, która była tworzona na potrzeby stanu wojennego. W okresie formalnie obowiązującego stanu wojennego, w prokuraturach powszechnych i wojskowych wszczęto śledztwo przeciwko 13 636 osobom, w tym za przestępstwa z dekretu o stanie wojennym przeciwko 2594 osobom. Tymczasowo aresztowano 13 208 osób, w tym z dekretu o stanie wojennym 2517 osób. Do 21 lipca 1983 r. sądy skazały za przestępstwa przeciwko stanowi wojennemu 10 191 osób. Liczbę internowanych ocenia się na około 10 tysięcy. Liczba ta ulega wahaniom , w zależności od źródeł od 9736 do 10 131osób. Należy jednak mieć na uwadze, że niektóre osoby były internowane więcej niż jeden raz. W tym okresie za przestępstwa z pobudek politycznych sądy powszechne skazały 1685 osób, z czego na podstawie prawodawstwa stanu wojennego – 979 osób. Sądy wojskowe skazały 10 191 osób, w tym 5681 za przestępstwa z dekretu o stanie wojennym. Podobnie jak w odniesieniu do internowania, również sądy wyrokowały w wielu przypadkach w odniesieniu do tych samych osób, skazywanych za podejmowane działania w obronie niepodległego bytu państwa polskiego. W dużej części dotyczyło to liderów ugrupowań opozycyjnych i działaczy związkowych, których zakres działania obejmował skalę całego kraju. Zdarzały się jedna i takie przypadki, gdzie skazywano działaczy szczebla lokalnego, zarzucając im czyny, które dalekie były od działań zmierzających do obalenia przemocą systemu ustrojowego. Jako przykład wielokierunkowych form represji, można przywołać wyroki wymierzone działaczce struktur „Solidarności” z Bytomia, Wandzie D. Już w pierwszych dniach stanu wojennego podjęła ona w ukryciu działalność konspiracyjną, za co po ujawnieniu się (pod presją psychiczną, spowodowaną rozpowszechnianiem przez agentów SB informacji, jakoby była „ich współpracownikiem”) został skazana przez Sąd Wojskowy na początku 1982 r. na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na okres próby 2 lat. Wyrok, przy aktywnym udziale SB, powodował niemożność podjęcia stałej pracy. Próby wymuszenia „banicyjnej” emigracji były bezskuteczne. Drugi raz oskarżono Wandę D. w 1986 r. Tym razem została skazana przez sąd powszechny. Ciągle będąc pod presją wymuszonej emigracji, opuściła kraj z „biletem w jedną stronę” 13 grudnia1986 r.
Osoby poddawane polityce represyjnej mogły być nią objęte niemalże w każdym miejscu: w domu (przesłuchania, przeszukania, podsłuch telefoniczny, kontrola korespondencji, nękanie i zastraszanie najbliższych członków rodziny), w miejscu pracy lub na uczelni (rozmowy ostrzegawcze, sądy dyscyplinarne, zwolnienia z pracy, kierowanie do pracy na gorszych odcinkach przy gorszym uposażeniu), wykorzystywanie donosów tajnych współpracowników, prowokacje, fabrykowanie fałszywych dowodów czynów niedozwolonych itp., poddawane izolacji (areszt tymczasowy, odosobnienie w ośrodkach internowania) oraz osadzeniu w zakładach karnych w wyniku skazania przez sądy wojskowe lub powszechne. Z dniem13 grudnia 1981 r. weszło w życie Zarządzenie nr 50/81 wydane przez Ministra Spraw Wewnętrznych i Ministra Sprawiedliwości, powołujące na terenie całego kraju kilkadziesiąt Ośrodków Odosobnienia, w których osadzano internowanych działaczy opozycji. Formalnie miało ich być 46, faktycznie przetrzymywano w aresztach przy komendach MO osoby, które później przewożono do wskazanych Ośrodków, a pobyt ten traktowano jako okres internowania od czasu zatrzymania. Miejsca te w środowiskach opozycyjnych nazywane były „internatami”. Bardzo często stanowiły one wyodrębnioną część istniejących wcześniej zakładów karnych. Ponadto w cytowanym zarządzeniu nie wskazano wszystkich miejsc odosobnienia, np. Arłamowa, gdzie przetrzymywano Lecha Wałęsę (wcześniej przetrzymywanego w Otwocku i Chylicach), Ostródy i Iławy (internowano tam przywódcę rolniczej „Solidarności” Jana Kułaja), miejsc internowania 36 prominentnych działaczy peerelowskich (odosobnionych w Głębokiem, a następnie w Promniku), czy też Łupkowa (Nowy Łupków), traktowanego jako oddział Ośrodka w Uhercach, a także Gołdapi, jednego z Ośrodków, w których przetrzymywano kobiety. Jeden z największych Ośrodków zorganizowano w Zakładzie Karnym w Zabrzu Zaborzu.
Przygotowania do reorganizacji, mającej spełnić wymogi ośrodka odosobnienia dla internowanych, podejmowano od początku listopada 1981 r. Analiza materiałów przedstawionych przez Biuro Śledcze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW) pozwala przyjąć, że zakładano takie przeorganizowanie, które pozwalałoby na umieszczenie w Zaborzu 850 internowanych. Drugim co do wielkości Ośrodkiem miało być Jastrzębie Zdrój, gdzie planowano osadzić 750 opozycjonistów. Plan działania w stosunku do działaczy Regionu Śląsko-Dąbrowskiej Solidarności zawierał listy osób, które miano poddać internowaniu. Zdeponowano je w komendach miejskich MO w Wydziale Śledczym SB. Po końcowych weryfikacjach na czas wprowadzenia stanu wojennego listy zawierały 723 nazwiska. Sam fakt organizowania Ośrodków Internowania dla znacznie większej liczby osób wskazuje na to, że przygotowane wcześniej listy były jedynie materiałem wyjściowym, w rzeczywistości spodziewano się znacznie większego zapotrzebowania na miejsca odosobnione. Decyzje o internowaniu faktycznie pozbawiające wolności wielu tysięcy obywateli polskich, wydawane były nie przez sądy czy organy prokuratury, ale przez organy administracji, jakimi byli komendanci wojewódzcy MO. Często decyzje te podpisywali z ich upoważnienia zastępcy komendanta wojewódzkiego. Nadanie uprawnień do podejmowania decyzji o pozbawieniu wolności organom administracji stanowiło jedno z najbardziej wyrazistych mechanizmów pogwałcenia praw podmiotowych obywateli w państwach konstytucyjnych, zgodnie z którymi o możliwości pozbawieni wolności decyzje mogą podejmować wyłącznie organy wymiaru sprawiedliwości, tylko w przypadkach określonych w ustawach. Takie gwarancje zawierała również konstytucja PRL z 22 lipca 1952 r.
Ośrodki internowania były bez wątpienia jedną z najbardziej dotkliwych form represji okresu stanu wojennego, ale – co było swoistym „chichotem historii” – były też miejscem budowania solidaryzmu społecznego i kształtowania się ducha wolności i patriotyzmu w czasie największego ucisku totalitarnego systemu. Osadzeni, wśród których było wielu pracowników nauki, twórców kultury, studentów wyższych uczelni, przywódców związkowych oraz liderów ugrupowań opozycyjnych, organizowali szereg spotkań dyskusyjnych wykładów, tworzyli utwory literackie, piosenki patriotyczne, sporządzali pieczątki oraz znaczki, opieczętowane koperty z treściami opozycyjnymi, przemycane podczas „widzeń” z najbliższymi poza mury obozowe. W Ośrodku zorganizowanym w Zakładzie Karnym w Łupkowie powstał nawet mural o treści patriotycznej na ścianie jednej z celi więziennych, odkryty w trakcie remontu w 2017 r.
Wskazanie konkretnych przykładów represji, obrazujących różne metody i formy działań „służb bezprawia” w okresie stanu wojennego stanowi ciągle otwarty katalog, który można zapewne uzupełniać wieloma osobistymi doświadczeniami. Represje okresu stanu wojennego obejmowały swoim zasięgiem tak rozległą skalę, realizowaną na obszarze całego kraju, że trudno jest dokonać w tym opracowaniu nawet uogólnionej syntezy. Wskazane w raportach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW) informacje, obrazujące podejmowanie przeciwko systemowi komunistycznemu „wrogiej działalności” w okresie formalnie obowiązującego stanu wojennego między 13 grudnia 1981 r. a 22 lipca 1983 r., mówią o 3121 „negatywnych wystąpieniach politycznych”, w tym 564 demonstracjach oraz 959 akcjach sabotażowych i dywersyjnych, 1101 „negatywnych wystąpieniach kleru katolickiego”. Zlikwidowano 1021 „nielegalnych grup i organizacji”, ujawniono ok. 27 tys. akcji kolportażu „wrogiej propagandy” . Tylko w grudniu 1981 r. strajkowało 199 zakładów pracy, w czterdziestu podjęto siłowe rozwiązania przy użyciu formacji milicji, ZOMO, a w niektórych przypadkach również wojska. Najbardziej tragiczną w skutkach była pacyfikacja kopalni „Wujek”w Katowicach. Od kul wystrzelonych do nieuzbrojonych (bezbronnych) górników zginęło dziewięć osób. Najdłużej trwającym strajkiem był prowadzony pod ziemią, podobnie jak w kopalni „Ziemowit”, strajk w kopalni „Piast”. Po uzyskaniu gwarancji bezpiecznego powrotu do domów, górnicy wyjechali na powierzchnię dopiero 28 grudnia 1981 r. Wbrew gwarancjom, wielu spośród nich zostało aresztowanych, a przywódców skazano wyrokami sądów lub internowano.
Najbardziej tragiczny bilans represji stanu wojennego obejmuje ofiary śmiertelne, których pełna lista jest po dziś dzień trudna do ustalenia z uwagi na wskazane wyżej metody i sposoby działań „bezpieki” i innych formacji „służb specjalnych PRL”. Odpowiedzi nie udziela również raport komisji sejmowej, powołanej w 1989 r., działającej jako Sejmowa Komisja Nadzwyczajna do zbadania Działalności MSW. Badała ona 122 przypadki zdarzeń śmiertelnych od wprowadzenia stanu wojennego do końca PRL, z udziałem ewentualnym funkcjonariuszy MSW. Końcowe sprawozdanie wskazało, że w 88 przypadkach należało „wszcząć, wznowić lub podjąć postępowanie karne”, co było jednoznaczne z udziałem funkcjonariuszy w tych zbrodniach. Ofiary zbrodni komunistycznych okresu stanu wojennego traciły życie nie tylko w akcjach pacyfikacji strajkujących zakładów czy demonstracji ulicznych. Często był to skutek morderstw, wypadków użycia gazów łzawiących czy petard, brutalnych pobić. Należy przywołać również przypadki zdarzeń śmiertelnych wśród żołnierzy służby zasadniczej, którzy popełnili w tym okresie samobójstwo. Na dziesiątki tysięcy ocenia się liczbę rannych lub pobitych w trakcie pacyfikacji zakładów pracy czy też rozpraszania manifestacji ulicznych przez ZOMO i MO. Rany postrzałowe, poza skutkami śmiertelnymi, odnosili strajkujący w kopalni „Wujek” i „Manifest Lipcowy”, demonstranci w Lubinie, atakowani 31 sierpnia 1982 r. Zatrzymywanych przepuszczano przez szpalery ustawionych funkcjonariuszy, którzy bili przebiegających długimi pałkami, co określano mianem „ścieżek zdrowia”. Przesłuchiwanych bito i poddawano przestępczym metodom mającym charakter tortur psychicznych, wymuszając obciążające zeznania przesłuchiwanych lub innych osób, co wykorzystywano w późniejszych procesach sądowych.
Przywołane represje i ich skutki nie wyczerpują wszystkich mechanizmów zła, wprowadzanych w czasie wojny wypowiedzianej narodowi polskiemu przez ślepą i bezduszną ekipę rządzącą, będącą kolejnym pokoleniem bolszewickich namiestników, zamontowywanych na polskich ziemiach od 1944 roku. Wielu spośród nich „swoją legitymację” do takich działań opierało na doświadczeniach, pozyskiwanych na szkoleniach realizowanych przez bolszewików z NKWD (sowiecka bezpieka) jeszcze w latach czterdziestych, czego najlepszym przykładem był zbrodniarz komunistyczny Wojciech Jaruzelski (chichot historii chciał, że wywodził się on z znaczącego ziemiańskiego rodu herbu Ślepowron - jak widać określenie często przywoływane „ślepy generał” może mieć różne znaczenie!).
Po upływie kolejnych lat, kiedy mija czas dochodzenia kolejnego pokolenia do życia społecznego, można zastanawiać się jak to się stało, że wychowankowie NKWD-owskich zbrodniarzy zdołali stworzyć szeregi bezdusznych, bezwzględnie działających, czerwonych oprawców, zasilających potężny aparat represyjnego systemu, ogarniającego wszystkie dziedziny życia publicznego? Formuła indoktrynacji jest na tyle silna, że nie tylko wystarczyła na wierną realizację celów wojny z narodem przez „resortowe dzieci”, ale ich wnukowie w czasie nam obecnym wiernie wspierają i wynoszą do czynów wręcz heroicznych „dzieła” dziadków i ojców nie tylko w formie biernego przyzwolenia, ale i pełnej akceptacji narracji wynoszącej stan wojenny do wydarzenia, które „na ulicach odbywało się kulturalnie”, a ówcześni funkcjonariusze represyjnych służb mają prawo nie tylko do wysokich apanaży finansowych, nadpłacanych obecnie byłym ubekom i esbekom, ale i kompensaty moralnej! Na czas obecny, zgodnie z medialnymi informacjami, w ciągu ostatnich dwóch lat, w wyniku rozstrzygnięć pozwów byłych funkcjonariuszy komunistycznych służb w 9 tysiącach spraw Skarb Państwa wypłacił miliard czterysta milionów złotych (1 400 milionów złotych)! Dodatkowo tylko w 2024 roku wypłacono 240 milionów złotych tytułem wysokich emerytur. Na rozpoznanie w sądach oczekuje dalszych wiele tysięcy spraw, których wynik łatwo przewidzieć.
Nie tylko skala środków finansowych jest szokująca – jeszcze bardziej szokuje to, że kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy służb represyjnych uznaje, że charakter i zakres ich działań w pełni zasługuje na godne kompensaty za pominięcie ich zaangażowania i wiernej służby na rzecz „socjalistycznej ojczyzny”! Ostatnie dni przyniosły jeszcze jedno żądanie – na publicznej konferencji, były major SB zgłosił postulat „uhonorowania” ich zaszczytnej służby szczególnego rodzaju dyplomem, pismem gratulacyjnym, wydawanym przez uprawniony organ państwowy, mającym umocowanie w „dekrecie władz najwyższych”. Chodzi o to, aby „wybitne zasługi w umacnianiu władzy” mogły być utrwalone w świadomości dzieci i wnuków. Tym samym hańba narodowa urasta do rangi „szlachetnych czynów”, godnych pamięci potomnych, utrwalonych „ubeckim certyfikatem” (w obiegu publicznym już taką nazwę zdążono przypisać tej propozycji)!
Nie wolno takim praktykom się poddawać, akceptować, pochwalać głupoty i odradzającego się zła, pamiętając o doświadczeniach historii i mądrych przesłaniach Ludzi Wielkich. Warto w tym wymiarze przywołać słowa Zbigniewa Herberta: „Aby dojść do źródeł, trzeba płynąć pod prąd, z prądem płyną tylko śmieci”. Miejmy świadomość tego, dzierżymy jeszcze w ręku demokratyczny oręż, kartkę wyborczą z siłę głosu, która powinna pozwolić na odrzucenie śmieci! Trzeba jednak pamiętać, że aby ją właściwie wykorzystać, istnieje potrzeba rozumienia, czym są wartości niosące dobro, czym zaś puste frazesy pajacowatych konformistów, którym zawsze dobrze tam, gdzie łatwiej osiągnąć własne korzyści kosztem dobra wspólnego. Równie ważnym jest umiejętność rozpoznanie tych, którzy chcą dojść do źródeł i potrafią płynąć pod prąd!
Andrzej Drogoń, 2 grudnia 2025r,
Ps. Warto poniżej, w pozostawionej części tej kartki opisywać swoje, nawet bardzo epizodyczne doświadczenia tamtego czasu pogardy. Niech to będzie swoisty ”certyfikat pamięci” dla naszych dzieci i wnucząt, nasza „opowieść o tamtych wypadkach…..”.
Zapraszamy zatem wszystkich chętnych aby przesłali swoje wspomnienie tamtych dni - oczywiscie opublikujemy.